Czytaj etykiety.

Listopadowa rzeczywistość nie rozpieszcza. Na podwórku szaro i ponuro. Najfajniejsze kolory pooglądać można teraz w sklepach spożywczych. Półki pełne towarów w  pięknych opakowaniach. Widok kojarzy mi się z zabawką z dzieciństwa, z kalejdoskopem. Pamiętacie te kolorowe  klejnoty, ożywiane światłem i ruchem? Zabawka fascynowała mnie pewien czas, jednak w końcu rozebrałam kalejdoskop na części. Odkryłam wtedy, że „klejnoty” to tylko bezwartościowe szkiełka. Tak samo się czuję, kiedy odkrywam prawdę o pięknych  produktach spożywczych. Kiedy czytam etykiety.

  • Elegancki sok o nazwie Doktor Ktoś. Duże napisy na szklanej butelce obiecują owoce, samo zdrowie i naturę. Drobny druk w mniej widocznym miejscu wyjaśnia, że sok jest „odtworzony z koncentratu”, słodzony, stabilizowany, zagęszczany, konserwowany i z dodatkiem garści witamin. Dla mnie nie atrakcja. Wolę wycisnąć sok z grejpfrutów.
  • Na innej półce pomarańczowym kolorem kusi olej. Czytelna informacja na etykiecie wyjaśnia, że ten olej jest niezbędny dla zdrowia i nie powinniśmy na niego żałować pieniędzy. Dopiero analiza drobnego druku ujawnia skład produktu. Masło palmowe zostało zmieszane z rafinowanym olejem rzepakowym. Masło palmowe ma kolor marchewki i konsystencję stałą. Wystarczy je roztopić i dodać do oleju rzepakowego, a otrzymamy płynny olej w kolorze pomarańczowym. Prosta i tania sztuczka. Wygórowana cena jest nie na miejscu.
  • W sklepowych lodówkach pięknie wybarwione norweskie łososie udają, że należą do kategorii „zdrowe ryby morskie”. To iluzja, hodowla łososi polega na zgromadzeniu wielkiej ilości ryb na małym obszarze. Karmione są paszą z dodatkiem sterydów i antybiotyków. To jak w przemysłowych kurnikach. Nienaturalnie wysoka liczebność stada generuje choroby, zanieczyszczenia i stres. Bez leków zwierzęta by nie przeżyły. Rzetelnie napisana etykieta mogłaby odstraszyć wielu potencjalnych klientów. Mnie ten łosoś zdecydowanie odstrasza, nawet bez etykiety.

Przykłady można mnożyć cały dzień. Śmietana – bez śmietany, mąka nie z mąki, mięso z mięsa tylko w połowie itd. Problemem jest również fakt, że producent nie ma obowiązku informowania Cię o wszystkich składnikach swojego produktu. Może umieścić w jogurcie masę dodatków, których nie wymieni na opakowaniu. Ufni klienci kupują towar z napisem „zdrowe” i „bez konserwantów”, nie wnikając w prawdziwą naturę produktu. Uparcie wierzą, że w kalejdoskopie migają klejnoty.

W idealnym świecie producent dba o klienta i nie chce mu szkodzić. To jednak nie nasza rzeczywistość. Sklep spożywczy to front wojenny. Trzeba wypracować taktykę unikania trujących produktów i kupować świadomie. Moja taktyka jest prosta – kupuję tylko podstawowe produkty, interesuje mnie  żywność nieprzetworzona.

Mój mini przewodnik po sklepie spożywczym:

Ciekawi mnie, jaka jest Twoja taktyka na unikanie pułapek zastawianych przez przemysł spożywczy? Jakie produkty udało Ci się „rozszyfrować” po przeczytaniu drobnego druku na etykiecie?

 

 

 

 

 

 

15 Responses

  1. Ja się czuję jak w dzungli, człowiek pierwotny, ktory zszedł z drzewa i nikt mu nie przekazał, nie zaobserwował na przodkach bo jest pierwszym pokoleniem, które ma w takich warunkach zdobywac pożywienie, potem zanieść do jaskini, podać swoim współplemieńcom. Wielka odpowiedzialność bo na najbliższych trzeba będzie ogladać skutki złego wyboru. Co tu wybrać? Z daleka ładne i bezpieczne z bliska dopiero widać, że gepard to nie miły mięciutki kotek ale ma kły i pazury aby Cię zaatakować, rozszarpać i pożreć. Nie umrzesz od razu, będziesz cierpieć po woli. Niestety przykre konsefencje złego wyboru. Ładniutki kotek okazuje się w bliskim kontaktcie bezwzględnym drapieżcą. On też chce przezyć, też ma rodzinę do wyżywienia. W tej dżungli coraz częściej mam wrażenie być na straconej pozycji. Wiedza i świadomość jest ciężka do udźwignięcia.

    1. Nie umrzesz od razu, będziesz cierpieć powoli – Aga, trafiłaś w sedno. Śmiałam się nie tak dawno, że skoro zakazuje się sprzedawania produktów leczniczych w sklepach spożywczych, to mamy przynajmniej jasność, że są tam tylko trujące. Dla przedłużenia agonii apteka obok kasy. STOP ja nie zgadzam się na to! Producent i konsument to oboje ludzie, ten sam gatunek, powinniśmy się WSPIERAĆ i dbać o siebie nawzajem. Żywność była, jest i będzie lekiem bądź trucizną. Warto, żeby producenci zrozumieli ten fakt i zaczęli naprawdę dbać o konsumentów. Marzenia…

  2. Faktycznie coraz ciężej wybrać cokolwiek ze sklepowych półek. Nawet warzywa kupuję z tą świadomością, że nie są zbyt wartościowe, że jest w nich pełno chemii itd. Ja często mówię do warzyw :-), skoro one są w większośći z wody to moje słowa mają wpływ na wszystkie ich cząsteczki co niejednokrotnie badali naukowcy „od wody”. Słodycze ograniczyliśmy do gorzkiej czekolady i to tylko wawel bo ma najlepszy sklad, i do chrupków kukurydzianych. Jeśli mamy wątpliwości co do pochodzenia produktów piszemy po prostu do firmy je produkującej, tak było w przypadku flipsów kukurydzianych gdzie chcieliśmy wiedzieć czy jemy gmo czy nie. Zrobiliśmy tak w sumie chyba parę razy, ale większość już dawno więc nie pamiętam. Jeśli nie jesteśmy pewni jakiegoś składnika to pytamy komputer 🙂 w końcu po to jest. Wiele robię sama w kuchni, jakoś można sobie poradzić bez ketchupu czy majonezu. To co napisałam wydaje się dla wielu „zdrowo walnięte”, ja to rozumiem, dziwny musi być widok klienta, który czyta skład każdego produktu, siedzi w sklepie wiecznie a ostatecznie i tak nic nie kupi…jednak nie specjalnie się tym przejmuję :-), to przecież moje zdrowie. Nie ufam już żadnemu produktowi sklepowemu, ale póki nie ma się tylu swoich warzyw i owoców trzeba po te zakupy chodzić. Często zaglądam też ludziom do koszyka co też to za niezdrowe rzeczy sobie kupują :-). Jeśli chodzi o pułapki to sprzedawcy często sami nie wiedzą czy miód w ich sklepie pochodzi z pasiek polskich czy jest to mieszanka miodów z krajów UE, czy rodzynki i kokos mają dwutlenek siarki czy nie, dlatego warto samemu zapoznać się zawsze ze składem….mogłabym pisać i pisać na ten temat, ale nie chce zagracać miejsca ;-). Pozdrawiam.

    1. Olu, to właśnie dla Ciebie ten wątek, dla mnie, dla Agi i innych osób o podobnych do Twoich poglądach. Dzisiaj wyczytałam o chemicznym paskudztwie w puszkach z koncentratem pomidorowym. Na szczęście, jeśli kupuję to tylko w słoiku. Testowałam batony muslikowe „bez cukru”, za to toną słodzików. Słodziki są jeszcze gorsze od cukru.
      Dziękuję, że wspomniałaś o recenzowaniu cudzych koszyków. Martwiłam się, że to tylko moja przypadłość. Fajne jest to, że niektóre osoby rezygnują z pewnych towarów, kiedy zostaną uświadomione o negatywnym działaniu składników. Na przykład rozmawiałam wczoraj z pewną kobietą, która początkowo chwaliła dietetyczne posiłki na oddziale chorób serca, w szpitalu. Pomyślała, pomyślała i wyznała z oburzeniem, że szokuje ją pseudo szynka z indyka w szpitalnym menu. Ta szynka(szynka????) to oczywiście jakaś nieokreślona masa mielonki wzbogacona tablicą Mendelejewa. Podnosi ciśnienie, aż miło. A na deser…pigułka.

  3. W sklepach czuje się jak terminator, który ma wykluczyć rzeczy nienadające się do spożycia. Moja własna „walka z koncernami” trwa od ponad roku. Analizuję z okularami na nosie dosłownie wszystko co ma znaleźć się w koszyku. Większość produktów o zgrozo zawiera skrobię modyfikowaną, syrop glukozowo-fruktozowy i inne ciekawostki (wędliny, serki, jogurty, majonezy, sosy, ciastka, cukierki itp.). Od kiedy moja świadomość wzrosła staram się również delikatnie wskazywać podczas zakupów zwłaszcza młodym mamom i starszym osobom (zaglądając właśnie do koszyków) ”ciekawe składy” i zachęcam do odłożenia na półkę mówiąc „niech to je sam producent – życzę mu dużo zdrowia”. Nie wszyscy jednak chcą słuchać, patrzą na mnie jak na dziwadło, ale nie zrażam się. W pracy informuję młodych rodziców by nie kupowali w aptekach preparatów dla dzieci (rozpuszczalnych witamin itp., które zawierają w składzie „aspartam”. Testem jest apteka http://www.doz.pl, która podaje składy preparatów i po wprowadzeniu tego magicznego słowa ukazują się „lecznicze produkty zawierające aspartam”. Uczulam młodych rodziców również na składniki szamponów i mydeł dla dzieci zawierających „sodium laureth sulfate”. Proponuję dobre rozwiązania zgodnie z zaleceniami Pana dr Różańskiego. Tak naprawdę nikomu nie zależy na naszym zdrowiu, wyleczony pacjent to strata pieniędzy dla koncernów farmaceutycznych. Przemysł spożywczy patrzy na nas tylko przez pryzmat naszych pieniędzy i nic więcej.
    Dziękuję Tobie Inez za ten blog, który umożliwia poszerzanie wiedzy – oczywiście dla tych, którzy jej szukają.
    Pozdrawiam wszystkich analizujących etykiety i dbających o swoje zdrowie.
    Jola

  4. Z coraz większą pewnościà czytam, lub proszę o przeczytanie ekspodientkę. Myślę , że niektórzy traktujà mnie jak nieco nawiedzoną. Ale coź to moje prawo i mój wybór. Szczerze mówiąc ostrożnie (tzn.delikatnie) muszę postępować ze swoimi dzieciakami. W tym wieku źle się reaguje na zbyt duże naciski lub tłumaczenia.
    Zrobiłam jakiś czas temu doświadczenie. Jadłam wszystko, co nie ma soli. Zabawcie się w to :-). Aż trudno uwieżyć w ilu rzeczach JEST SÓL! zaskoczyły mnie np.batony,wafle ryżowe..
    Długo męczyłam panie w piekarni o składy ich chlebów. Ich ściemnianie mi nie wystarczyło. Miałam rację. Żaden chleb nie był bez pszenicy i na samym zakwasie.
    Śledzę glutaminian sodu. Zabójca naturalnego smaku i tajny gluten.
    Od paru msc.żyję na zdrowszej ścieżce (znowu). Już najbiżsi wiedzą ,że po wejściu np.do restauracji zadam kelnerowk parę pytań, aby upewnić się, że nie ma w daniu nic na co mam nietolerancję pokarmową.
    Staram się kupować produkty o prostym składzie.
    Próbuję sama robić różne rzeczy (właśnie wczoraj w pobliskim warzywniaku dowiedziałam się że we wt będzie jarmuż-wiec będą czipsy i sałatka:-))
    Mieszkam w mieście i mam słaby dostęp do bezpośrednich sprzedawców. Najgorzej z mięsem. Sezonowe warzywa znalazłam. Zawsze w odsieczy pozostaje bazar. Wyprawa, ale wszystro świeższe niż w okolicznych sklepach.
    Wróciłam właśnie z dość odludnego miejsca i nawiozłam jajek od kur biegających, zdrowych przetworów i pasztetów-aby wszyscy popróbowali-przyzwyczajenia zmienia się dość długo. A dzisiaj na obiad będzie kura,która biegała:-) Zupełnie przy okazji 😉 zaopatrzyłam dom w różne ciekawe mąki i 4 rodzaje quinoa(nie wiedziałam że jest tyle).
    Coraz mocniej wczytuję się w etykiety kosmetyków..to już kopalnia chemii. Najbezpieczniej się czuję w olejach np.arganowy. z kremami przenoszę się z apteki do zielarni. No i w końcu pewnie zrobię ten swój krem:-)
    Ciekawe jest też szukanie pszenicy w produktach. Szprotki z puszki, pomimo że z puszki, coś nam dadzą. Ale tylo te z oleju, te z pomodorów mają powtrynianą pszenicę…
    Miody też można oszukać..Straciłam paroletnie źródło miodu. Pan zaczął mieszaç…szkoda. 20 przyjadą do mnie miodki od dobrego pszczelarza :-).
    Ojojoj…słowotok. już nawet nie wiem czy na temat 🙂
    Dobrego dnia

    1. oczywiście, że na temat. Taki on właśnie jest. 4 rodzaje quinoa, nie wiedziałam. Prosty test na sól jest taki, że wystarczy mi podać do skosztowania. To już chyba z 10 lat, jak nie stosujemy soli kuchennej. Czasem kupuję bułkę i czuję, jaka ona jest słona. Lubię czasem sól kamienną, polizać 🙂 jak słoń.

  5. Rozbawiłaś mnie tym lizaniem :-). Ciekawie może być z Tobą na wycieczce w Wieliczce;-).
    Quinoa. Kupiłam 4 różne. Właśnie dojrzałam że ta czwarta to mieszanka trzech pozostałych :-):-):-). Niezła jestem hi hi. Quinoa jest biała, czerwona, czarna. I tzw. trójkolorowa .:-)

  6. A ja naleze do tych, ktorzy dopiero sie obudzili i jestem przerazona! Przerazona tym co odkrywam.. tym, ze przez lata truje swoja rodzine, powoli, ale konsekwetnie! Az mi glupio, ze jako czlowiek wyksztalcony i oczytany dopiero przyszlo mi do glowy bardziej zglebic temat jedzenia, tego z czego budujemy nasze zdrowie! Polecam ksiazke, ktora to wlasnie otworzyla mi oczy: „Zamien chemie na jedzenie” Julity Bator. Wy, dziewczyny wiele pewnie juz wiecie, ale mimo wszystko w ksiazce ona wszystko zbiera do kupy, podaje rozne przepisy, zbiera swoja wiedze w tabele – dla mnie wiadomosci nieocenione, szczegolnie na poczatku drogi! Ukladam sobie plan, od czego zaczac, co moge wprowadzic od razu, co potrzebuje jeszcze przygotowan i czym zamienic np. uwielbiane przez mojego synka slodycze.. dziekuje Wam, ze sa takie miejsca w necie, gdzie mozna zajrzec i o tym poczytac!
    Pozdrawiam,
    Agnieszka

    1. Dziękuję Agnieszko za ten komentarz. Kupiłam poleconą przez Ciebie książkę – masz rację, ja to wszystko już wiem i właśnie o tym piszę. Książka bardzo pomocna na starcie do lepszego życia. Będzie do wygrania w blogowym konkursie, kiedy tylko opracuję prawidłowy regulamin. Losowanie, które tak lubię, nie jest zgodne z prawem.

  7. Od wielu lat nie kupuję żadnych przetworów z pomidorów ani surowych poza sezonem. Robię zapasy na cały rok z pomidorów gruntowych- w sierpniu i we wrześniu w ilości ok. 100 kg. Umyte nacinam, sparzam, obieram ze skórki, dzielę na ćwiartki lub ósemki, upycham mocno w słoiku, zakręcam i pasteryzuję w piekarniku w 110 stopniach Celsjusza przez ok.40-60 minut.Słoiki wstawiam do zimnego piekarnika, a czas pasteryzacji liczę od momentu osiągnięcia pożądanej temperatury. Taki jeden wsad pomieści ok. 10-12 kg pomidorów . Bez soli, bez przypraw i bez zalewy. Jeszcze nigdy nic mi się nie zepsuło. Z tak przygotowanych pomidorów można zrobić wszystko. Łatwiej jest przetrzeć przez sitko jedną porcję na aktualne potrzeby niż jesienią ślęczeć w kuchni i gotować koncentraty lub przeciery z takiej ilości surowca. Po otworzeniu słoika : kolor, zapach i smak nie do opisania. Serdecznie pozdrawiam i gratuluję ogromnej wiedzy i pięknego bloga. Agata.

  8. Droga Inez,
    Dawno się nie odzywałam. Ale donoszę Ci, że cały czas walczę w kuchni. Jest ciężko, ale robię powoli małe tip topki w kierunku diety odpowiedniej dla cukrzyka, a raczej takiej, dzięki której pożegnam się z cukrzycą. Postanowiłam zacząć od wyeliminowania mięsa z diety nie tylko mojej, ale i całej rodziny. Codziennie czuję przerażenie, co podam wszystkim na obiad. Szperam w komputerze i wyszukuję przepisy wege. Jest to naprawdę dla mnie ciężka sprawa, bo właściwie uczę się od nowa gotować. Tytaniczne przedsięwzięcie, ale na pewno warto. Jak zgromadzę odpowiednią ilość przepisów, zacznę eliminować mąkę i chleb, a na końcu sama przerzucą się na row. Co o tym sądzisz?
    Czytanie etykietek produktów nie na moje nerwy. Podchodzę w końcu do kasy i wykładam z koszyka 3 rzeczy na krzyż.
    Ps
    Maść choinkowa – cudowna, mój ulubiony zapach, chodzę jeszcze ze śrubokrętem w torebce do podważania żywicy. Zrobiłam maść z owoców jemioły (dzięki Ci za patent z mikserkiem, bo nie wiem, jak można ucierać te glutki w moździerzu. Mój syn znowu ma problemy skórne – azs i podrażnioną skórę, posmarowałam go nią, ale narzekał, że bardzo szczypie. Wiesz może dlaczego?
    Buziaki noworoczne
    Sylwia od żywokostu 🙂

    1. Dziękuję za komentarz 🙂 Wiem o czym piszesz, bo sama miewam takie chwile. Już pół roku temu poprosiłam Olę domową (moją idolkę w gotowaniu), o spis kilku potraw dla początkującego wegetarianina, łatwych i sycących, tak na cały dzień. Ola podała super propozycje ze swego bloga Ola domowa, a ja zaplanowałam cykl blogowy : wege dzień, gdzie podane by były kompletne diety. Na razie to jest w szkicach i może Twój komentarz mnie zmobilizuje właśnie do rozpoczęcia tego cyklu. Tymczasem zobacz soczewicę po marokańsku. http://nordre-strandvej.blogspot.com/2012/11/saatka-marokanska-marchew-i-soczewica.html
      Ja to robię na zimno, ciepło i do słoików. Polecam !!!!

      Nie wiem, czemu szczypie. Może sól.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *