W poszukiwaniu zaginionej…

Indiana Jones pól i lasów – zbieranie ziół to dla mnie zawsze wyprawa w poszukiwaniu zaginionej arki. Ukryte skarby, tajne zakamarki, zaklęcia – takie właśnie jest to moje zbieractwo. Muszę odgadnąć właściwy kąt patrzenia, odpowiednią porę roku i dnia – dopiero wtedy moje oczy widzą wyraźne kształty, w miejscu, gdzie kto inny zobaczy bezładną masę zieleni. To wielka przygoda i super moc: widzieć.

Widzieć podobno znaczy wiedzieć.

Jeszcze lepiej widzieć i poznać, wypróbować, skosztować, zastosować. Suche fakty słabo działają na moją wyobraźnię. Na łące i w lesie wszystkiego można doświadczyć, dlatego nabiera szczególnego znaczenia. To wielkie laboratorium, ogromne muzeum żywych eksponatów, do których wszyscy mamy dostęp za cenę podjęcia wysiłku wstania z fotela i wyjścia z domu.

Kury zielononóżki nie przepadają za ziarnem z karmnika. Uwielbiają ziarno rozrzucone pod krzaczkami, jako poczęstunek dla wstydliwych sikorek. W wolierze nie ruszą owsa – owies posiany na grządkach jako poplon wydziobią do ostatniego ziarenka. One też lubią znaleźć sobie samodzielnie, poszukać skarbu.  Zielononóżki Jones. Czy zdobyte ma inny smak, niż podane na tacy? Czy ma w sobie więcej witamin? Jest bardziej pożywne, wartościowe?

maliny - w poszukiwaniu zaginionej

maliny - w poszukiwaniu zaginionej

No jasne! Spójrz na te maliny, prześwietlone letnim słońcem. Zdobyłam je w chruśniaku zamaskowanym młodymi olchami. Ciężko było zrywać, chociaż łodygi uginały się pod ciężarem soczystej czerwieni, a owoce były dorodne. Nogi nie wyczuwały stabilnego gruntu. Ziemia wyścielona zeszłorocznymi, suchymi, kolczastymi pędami, napuszonymi niczym zasieki wojenne, przykrywającymi zasieki o rok starsze. Idealne mieszkanie dla węży. Zbierać trzeba w kaloszach, chociaż upał. Silne, proste  pędy, udekorowane wielkimi cierniami,  zgłaszały się do pomocy, kiedy tylko traciłam równowagę – głodne słodkiego, czerwonego soku z moich palców. Nad głową śpiewała mi pleszka, czy pliszka – nie potrafiłam rozpoznać. Nazbierałam wiele litrów tych dzikich malin. A mogłam iść i kupić…

Czosnaczek. Rośnie kilka kilometrów od mojego domu. Niedaleko bobrowego królestwa. Już nie mogę się doczekać tych wypraw wiosennych, kiedy co drugi – trzeci dzień, będę go zbierać i zmieniać w masełka, serki, placuszki o leśnym posmaku. Mam w szafce wiele przypraw, ta leśna smakuje zawsze najlepiej, doświetlona wiosennym słońcem, przebijającym się pomiędzy nagimi jeszcze gałęziami dębów. Niesamowicie ekscytujące, wiedzieć, gdzie jest ten czosnaczkowy straganik, gdzie rolę przekrzykujących się przekupek pełnią ptaszki w zaroślach. Pyszne, nie mogę się doczekać.

Czeremcha, ta miniaturka czereśni, o pestkach większych, niż sam miąższ. Stać przy czeremsze, rwać owoce i rozkoszować się smakiem, kiedy inni tylko patrzą z niedowierzaniem: otruję się, czy nie? To przecież dzikie i nie ze sklepu!

„Nie wiem, co robić z mleczem. Raz zjadłam, był niesmaczny. Wyrzuciłam na kompost.” To dzisiaj usłyszałam od miłej Pani, której Babcia miała lipę przed domem. Dawała wnukom herbatkę z kwiatów lipy. Ciekawe, co Pani powie na takie pyszności: słońce w cieście. Już za moment, kilkadziesiąt dni. Wystarczy się schylić po złote talarki, po wiosenne skarby. Za darmo. To nie prawda, że zdrowe jedzenie musi być drogie.

Inny kąt patrzenia, inna perspektywa: banalna forsycja, symbol wiosny. Ile filtrów, uprzedzeń i przyzwyczajeń trzeba wyeliminować, by patrzeć na ten krzew jako na jedzenie?

Chwasty: używałam kiedyś tego słowa. Czyściłam trawnik z mniszka lekarskiego, tępiłam perz. Gdybym miała napisać rolę dla tamtej Inez w Indiana Jones, byłoby mniej więcej tak: Inez znalazła Świętego Graala. Wyrzuciła na śmietnik, bo to stary, nieprzydatny gruchot.

Czuję się bardzo zmobilizowana do nowego sezonu. Czas naostrzyć szpadel. Ciekawi mnie ogromnie, jak znaleźć bulwy czyśćca. Znam liście i kwiaty, doskonale pamiętam zapach, ale bulwy? (czyściec to takie warzywo 😉

 

19 Responses

  1. Mogłabym Cię czytać do snu, a raczej Twoje posty, jako baśń, opowieść o innym, magicznym świecie pełnym tajemniczych ziół, mikstur i stworów 🙂 Pięknie piszesz!

      1. Powiedz kiedy i gdzie, a już pakuję kanapki! A tak z bardziej przyziemnych planów w tym roku, jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, czeka nas przeprowadzka, a tam cała masa nowych miejsc do złażenia, podglądania, podbierania owoców, młodych pędów, wykopywania korzeni i bulw. Jejku jak się cieszę! Chyba potrzebne mi będą kalosze 🙂

  2. zaproponowałabym wyjście na pole mojego taty po orce – on narzeka na nadmiar czyśćca… no ale może jakieś ‚zachwaszczone’ pole znajdziesz bliżej 😉

    1. Fajnie mi Olu podpowiedziałaś, przecież taki pole to idealne miejsce do poszukiwań. Łukasz Łuczaj też pisał, że zbierano kiedyś na polach po wiosennej orce. Dzięki.

  3. mam pół szuflady w zamrażarce jeżyn z takich zasieków.. nawet ptaki się tam po nie nie zgłaszają, za duży gąszcz. węże to pikuś, mi adrenalinę podnoszą kleszcze :/ trzeba się dobrze ubrać na wycieczkę w chaszcze. przydaje się też długi kij, wzrostu zbierającego – robi za podpórkę i odgarniacz kolcomacek.
    natomiast tajemnica preferencji kurzych jest prosta 😛 ziarno wysypane pod krzak często chwilę poleży przed konsumpcją, wysiane na poplon tym bardziej – zdąży podkiełkować. W podkiełkowanym jest więcej witamin. kura wie co dobre;) natomiast zachodzę w głowę co moje widzą w cebulkach tulipanów:/ kury rozdziobują, kaczki łykają w całości :/

    1. 🙂 Pięknie napisałaś. Cebulki tulipanów, szczególnie żółtych, to surowiec zielarski, szczególnie ceniony w med. chińskiej.
      Kleszcze – masz rację, to potwory! w zeszłym roku wszelkie miejsca ukąszeń smarowałam sokiem z jaskółczego ziela, niestety, zrobiłam sobie przebarwienia. Koniecznie muszę wrócić do koncepcji mazidła odstraszającego.

  4. I ja wybierałam z takich zasieków jeżyny, ale w nagrodę miałam czeremchę na wyciągnięcie dłoni, bez przeszkód 🙂 Tez nie mogę się doczekać…

  5. zagłosowałem z dwóch nr:)
    Dzikie rośliny jadalne Polski Łukasza to od lat moja biblia leśna…Mieszkałem blisko jego królestw w Łękach Strzyzowskich ale niegdy sie do niego nie wybrałem

  6. Inez,jesteś moja deską ratunku i nie tylko moją.Wiesz wiele i myślę,że napewno Ci się uda stworzyć dobry i bez chemii krem wygładzający zmarszczki, wiem,że powinien być na bazie kwasu hialuronowego,oleju z ogórecznika i czegoś tam jeszcze ale nie wiem nic więcej,Masz laboratorium więc pomóz osobom,takim jak ja po sześdziesiątce,jestem młoda duchem ale moim problemem jest brak dobrego a nie chemicznego kremu.Stwórz coś a będę Ci wdzięczna,wiem,że potrafisz. Pozdrawiam.Ula

  7. Kłącze czyśćca… Niestety należałoby chyba oznakować miejsca, albo dobrze je sobie zapamiętać 🙂
    Czosnaczek sam w tym roku przerobię na pesto i popasteryzuję. Rośnie pospolicie we Wrocławiu, ale przecież nie o to chodzi. W mieście jak się pojawi, to ruszę na wieś poszukać 🙂

  8. Co do czyśćca, to chyba trzeba oznaczyć sobie stanowiska, żeby zebrać bulwy (kłącza-robale) w odpowiednim czasie. Albo spróbować uprawy 🙂

      1. Pacze, że dwa razy napisałem prawie to samo, po paru miesiącach się nie pamięta 😉
        Miałem pesto z rdestu pieprzowego – dobra przyprawa do duszonych dań itp., takie rodzime czili. Niestety końcówka zapleśniała – najlepiej byłoby wekować w minisłoiczkach, bo nie idzie zbyt szybko. Może przyśpieszona pasteuryzacja w piekarniku na ok. 100 st. C?
        PS. Albo zasalać (ten rdest) – też będzie przyprawa, od razu ze solą, takie jakby bomasio na mokro…

  9. Dr Różański zachęca też do wypróbowania kokoryczki (kłącze) jako rosliny jadalne – oczywiście po obróbce wuyłaczającej glikozyd nasercowy. Np. przypieczone placuszki z mąki. Chyba wypróbuję. Na razie pozyskałem nad Gowienicą kilka kłączy, które przerobiłem na gęstawy wyciąg do kremów „egzemowych” – ale wszystko przede mną. Można zakładać stanowiska różnych roślin nie tylko na własnej ziemi, ale i gdzieś na stronie – w lesie, parku wręcz. Kokoryczka… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *