Jak pozyskać kłącze rdestowca – wpis gościnny

Nazywam się Tomek i mieszkam we Wrocławiu (a właściwie to już pod Wrocławiem) ale pochodzę ze Szczecina, a moja żona pochodzi z Goleniowa, gdzie mieszka Herbiness. Od małego byłem głównie zapalonym Wędkarzem a za nieco starszego zostałem także Miłośnikiem, Obserwatorem i Poszukiwaczem Roślin. Z konieczności szczególnie interesują mnie surowce przydatne w chorobach skóry oraz roślinne immunomodulatory. Bardzo lubię rośliny o silnym, konkretnym działaniu – takie jak rdestowiec. Chyba trochę się na tym znam ale nie mam na razie żadnych oficjalnych publikacji na koncie, choć zdarzało mi się doradzać farmacji (bo i tam zaczyna się dostrzegać poważny potencjał roślin leczniczych). Pisuję za to o muzyce współczesnej do jakichś niszowych (czy, w wersji bardziej pretensjonalnej: elitarnych) kwartalników kulturalno-literackich.

O rdestowcu opowiadałem na nocnym spotkaniu zielarzy we Wrocławiu. Inez zaproponowała, bym napisał post gościnny na ten temat, co z jednej strony mnie ucieszyło a z drugiej zmartwiło, bo „akcję rdestowiec” (czyli pozyskiwanie surowca) miałem już tej jesieni za sobą i nie zanosiło się na to, bym miał jeszcze w moje stanowiska zawitać. A przecież taki artykuł bez fotorelacji to trochę lipa, prawda? Okazało się jednak, że jest całkiem doniosły pretekst, by udać się tam ponownie i pogrzebać w ziemi – ale zdradzę go dopiero pod koniec.

Pozyskiwanie i przetwarzanie rdestowca to ciężka, fizyczna praca i warto sobie zawczasu przygotować odpowiedni sprzęt. Mam na to swój sposób i  usprzętowienie:

  • Po pierwsze potrzebujemy czegoś do kopania – ja używam mocnej saperki, choć idealne wydają się widły z krótkim trzonkiem (widziałem takie w jakimś markecie).
  • Drugim bardzo przydatnym narzędziem jest krótka „haczka”, czyli ogrodnicze pazurki pomagające w wyrywaniu z ziemi tych „wąsatych badyli”- czyli naszych upragnionych kłączy.
  • Sprytnym patentem jest zabranie ze sobą  słynnej terenowej, składanej jak scyzoryk, piłki firmy Bahco – w kilka sekund odetniemy nią nawet grube korzenie od martwych części, resztek pędów itd. (polecam z czystym sumieniem produkt konkretnej firmy gdyż jest on niezastąpiony – ergonomiczny i niezniszczalny, kultowy element wyposażenia każdego survivalowca).
  • Uzupełnieniem tego podstawowego sprzętu jest odpowiedni ubiór, czyli rękawiczki ochronne, np. tzw. wampirki oraz gumowce – ja wręcz sięgam w takich razach po wodery okrywające całą nogę, co ułatwia mi grzebanie w glebie w pozycji nierzadko klęczącej oraz czyszczenie pozyskanego surowca w pobliskiej rzece. Moim zdaniem koniecznie trzeba iść na rdestowca w pobliże rzeki bo inaczej czeka nas szorowanie badyli w domu – a nie wyobrażam sobie tego. Mówimy o paru kilogramach badyli.

Wyrwane lub wycięte z ziemi kłącza rzucam  w jedno miejsce, następnie przystępuję do ich selekcji: wybieram najbardziej wartościowe okazy. To co wybrałem pakuję do duuuużej torby i idę szorować do rzeki – przydaje się wiaderko (zwykłe wiadro plastikowe), do którego wrzucam kłącza już umyte. Rdestowca wykopujemy wiosną (wczesną) lub jesienią (nawet późną, prawie zimą) więc woda w rzece jest lodowata. Skuteczną ochronę naszym dłoniom zapewnią piankowe rękawice dla nurków lub wędkarzy. Szczotka do szorowania zaś musi być najtwardsza z możliwych (ale oczywiście nie druciana!) i poręczna, umożliwiająca bardzo pewny chwyt.W domu pozostaje już tylko opłukać badyle czystą wodą z kranu (zawsze jeszcze coś na nich zostaje)i… rozdrobnić.

O rozdrabnianiu rdestowca krążą legendy ale dla posiadacza rozdrabniarki do kompostu (np. mła) jest to przysłowiowa betka. Dobra, nowoczesna (i niekoniecznie droga) mielarka gałęzi daje nam w kilka minut kilka litrów wiórów o bardzo akuratnym, rzekłbym zielarskim, stopniu rozdrobnienia (dodajmy, że badyle niemieszczące się w tunelu podawczym, można łatwo podzielić paroma cięciami na ukośne, grube plastry przy pomocy wcześniej wspomnianej piłki).

Po rozdrobnieniu kłączy robimy wyciągi, jakie tylko chcemy: maceraty, intrakty, wyciągi olejowe i naftowe, a nawet wina.Co do tych ostatnich, to zainspirowany notatkami z Międzyborowa   jak i własnymi winiarskimi eksperymentami, postanowiłem zrobić takie właśnie eksperymentalne wino rdestowcowe. Prawdziwe wino rdestowcowe – a więc nie wyciąg z rdestowca na winie gronowym ze sklepu, tylko wino zrobione od początku do końca, z wody i cukru, metodą klasycznej fermentacji alkoholowej. Drożdże gorzelnicze ruszyły fermentację bez problemu, przebiega ona bardzo burzliwie. Jako „podkładkę” dla drożdży dałem  cukier i kilo rodzynek, no i oczywiście najważniejszy składnik – wióry z rdestowca. Pobutelkuję je potem w butelki 0,7L i część z tych butelek przekażę Inez, a z kolei ona przekaże je czytelnikom bloga. Zapowiadam, że będą to eleganckie butelki z etykietą zaprojektowaną specjalnie na tę okazję przez moją żonę – plastyczkę i projektantkę. Oficjalny jego status to: produkt kolekcjonerski, lub szerzej: wyciąg roślinny poddany fermentacji.

Drugim ekstraktem, który właśnie mi się robi w większej ilości, jest macerat olejowy – sprawdzony jako doskonały na skórę czy to sam, czy jako składnik kremów i maści. Inez otrzyma sporą jego ilość i zaprezentuje na swoich warsztatach, tudzież doda do kilku receptur. Jest to wyciąg wysoce godny polecenia.

No a teraz na deser mała fotorelacja z wizyty wtórej, wcześniej nieplanowanej, na moim zwyczajowym rdestwcowisku.

 

Fot1Zbliżamy się do stanowiska – w tle widać rude badyle, to właśnie rdestowiec

Fot2Nasz gaj bambusowy z bliska – tu będziemy grzebać w ziemi:

Fot3Przerwy w grzebaniu umila nam taki widok

Fot4Słuszne proporcje – klasyczna saperka vs bambusy

Fot5A tu co za niespodzianka?

Fot6Tak, to łuskiewnik – robimy zbliżenie na małe „kłączko” przyczepione do kłącza rdestowca.

Fot7Ekspedycja zakończona, okazy spakowane, sprzęt wyzbierany ze stanowiska (łatwo w tym gąszczu coś zgubić).

Łuskiewinik na kłączach rdestowca – to był właśnie mój pretekst, by powtórzyć zbiory. O ile się nie mylę takie zjawisko nie było dotąd znane. Swoje znalezisko udostępniłem badaczom. Kiedy przyjdzie czas naukowego potwierdzenia tego drobnego odkrycia, wrócę z kolejnym postem gościnnym.

A jeśli kogoś nie przekonały fotografie – mamy kilkusekundowy filmik z łuskiewnikiem dyndającym na korzonku rdestowca:

16 Responses

  1. Dodajmy, że olej jest już u Inez i występuje na warsztatach a wino się już klaruje (znaczy było już zlane i teraz czeka na odciągnięcie znad osadu).

      1. Dodam, że wino ma tak samo niesamowity żółto-fluorescencyjny odcień. Ten „odcień fluo” (seledynowy) dostrzeże się i w naparze ze świeżo zgniecionej cebuli – bardzo ciekawy efekt.

    1. Ja się dowiedziałem od Inez, sam ze siebie jestem niezbyt towarzysko-zjazdowy choć robię czasem wyjątki 🙂
      Podobno najlepiej śledzić profil Poszukiwacze Roślin Wrocław na FB.

  2. Witaj Tomku! Znam Twoje wpisy z forum i bloga nie tylko ziołowego 🙂 .Jako Prekursorowi naturalnego leczenia AZS dziękuję za dzielenie się spostrzeżeniami Dzięki za praktyczny opis u Inez! i nowe odkrycie w sprawie łuskiewnika! To dopiero coś! Mam nadzieję, że będzie kontynuacja 😉 Pozdrawiam.

    1. Dzięki 🙂
      Faktycznie istnieje też mój blog i ma grupkę swoich zwolenników, nawet „fanek” choć ja już prawie o nim zapomniałem 🙂
      Rekordowe odsłony miały wpisy o tym, jak rozpracowałem szajkę złodziei rowerów (przedruki w prasie 🙂 oraz – cóż za fenomen! – o wspaniałym poecie litewskim Martinaitisie (który przekazał mi z tej okazji podziękowania i pozdrowienia – żył jeszcze). Także nie był to jakiś pierwszy byle jaki blog, o nie :)))

      Inez zasugerowała, żebym się pochwalił że gdzieś tam coś tam publikuję (szczególnie pewnie myśląc o ziołach) to napisałem o tej muzyczce co może brzmi nieco pretensjonalnie ale co tam.
      Nie napisała mi (Inez) czy podobała jej się płyta, którą wydałem jako wydawca (nie muzyk!) – dołożyłem do paczki z olejem. Kilka egzemplarzy – dla zielarek, bo to bardzo „babska” płyta i ładna 🙂

        1. I z Rumuni! Zabawna sprawa – kręgi rumuńskiej muzyki współczesnej to środowisko dla nas zaprzyjaźnione.Kolega bardziej siedzi w Litwinach 🙂
          Blog, blog… tutaj kilka linków do starych wpisów:
          trzy migawki o Moczelach: http://kaminskainen.salon24.pl/tag/66385,moczele
          historia o rowerze: http://kaminskainen.salon24.pl/156025,jak-rozpracowalem-operacyjnie-szajke-zlodziei-rowerow
          Martinaitis: http://kaminskainen.salon24.pl/tag/47016,martinaitis
          http://kaminskainen.salon24.pl/168774,zurawiny
          I cing: http://kaminskainen.salon24.pl/tag/49431,i-cing
          Byłem literatem-naturszczykiem po politechnice i teraz widzę tam jakieś niedociągnięcia, to i owo napisałbym dziś inaczej.

  3. Berko albo Tomku – czy mogę poprosić o namiary do tekstów o AZS – walczę z nim od wczesnego dzieciństwa – moje dzieci też mają:( chciałąbym się czegoś więcej dowiedzieć
    Do kopania rdestowca mnie przekonałeś – będę kopać w marcu – mam nadzieję, że własciciel ugoru na którym rośnie mnie nie pogoni;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *