Czerwcowe debiuty. Konkurs: Zioła dla Smaku, Zdrowia i Urody.

Jeśli jesteś Poszukiwaczem Roślin to dobrze wiesz, że to, co ważne, czasami trudno dostrzec, a to, co widzimy, często przysłania najważniejsze sprawy. Soki drzew, ukryte pod grubą korą; witaminy, uzbrojone w kolce;  w białych kwiatach bordowe barwniki- oczy botanika przywykły do nieco innej optyki, widzą więcej, szukają esencji.

Widzieć więcej łatwo, kiedy wokół panuje cisza, spokój i oszczędność formy. Dlatego tak lubię zimę, zimowe zbiory ziół. Zaśnieżony świat rysowany kreską w niczym nie przypomina czerwcowego bogactwa, jest jak intymne spotkanie, tylko dwie pary rąk, dwa serca. A czerwiec to szał, kolorów i kształtów, 300 serc, 600 dłoni. Kiedy wracam do czerwcowych zdarzeń, to są jak sen, niebywałe, że to zdarzyło się naprawdę. Bioróżnorodność rozkwitu. Trudność wyboru. Obezwładniające bogactwo. A jednak udało mi się coś pozyskać, przyczepiło się do mnie samo, jak przytulia do nóg, jak rzepik i łopian, jak nasiona uczepu: radość. Radość z czerwcowych debiutów.

Małgorzata Kaczmarczyk  rozbiła bank. 50 egzemplarzy książki sprzedano w 30 minut i wołano o więcej. Książka jak Zlot Zielarski w pigułce – tu jest wszystko, dla zdrowia, urody i smaku. Przepisy przeplatane pięknymi zdjęciami i tym spokojem, który tak mi u Małgosi imponuje. Ziołowy ład i harmonia. Polecam bardzo i gorąco zachęcam do osobistego kontaktu z autorką, podczas warsztatów zielarskich. Książka  przewijała się przez cały zlot jako jedna z nagród w konkursach: na najlepszy zielnik, najsmaczniejszy ocet i dla mistrza nalewek. Trzy egzemplarze do wygrania w konkursie na moim blogu, szczegóły na końcu postu.

Gosia Ryńska zadebiutowała w roli Operatora Dragona, czyli specjalisty do spraw destylacji prostej. Destylat: marchewnik anyżowy. Symboliczne: Gosia przejęła moje zadania. Zrobiła to w świetnym stylu. To było dla mnie ważne, wciąż wzruszam się na wspomnienie. Kto lubi eksperymenty ze szkłem mile widziany jest w grupie Destyliersi na fb. link tutaj. Chcesz skompletować swój zestaw szkła laboratoryjnego?  pytaj o zniżkę na hasło „Zlot zielarski” w sklepie firmowym Chemland (pan Mateusz Kuca) – Chemland debiutował w roli sponsora zlotowych nagród: zestaw do destylacji, dwa aparaty Soxhleta plus 2 komplety menzurek, to wzbudziło potężne emocje. Dziękujemy.

Maryla Łońska – Gwiazda Warsztatów. Znana trenerka Tai-Chi (duet z Mirosławem Łońskim), bez wahania zgodziła się prowadzić zlotowe warsztaty mydlane i kosmetyczne. Z wielkim wdziękiem, talentem do improwizacji i bez oznak tremy, wyszkoliła 30 osób w zakresie mydła i kremu magnezowego. Uwaga: to był Maryli pierwszy raz po tej stronie stołu! Zapisujcie się teraz na warsztaty kosmetyczno-zielarskie do Łońskich: kremy i mydła pierwsza klasa, dużo śmiechu i najlepsze kiszone ogórki. To były również pierwsze warsztaty Agatki Cieślik – „naszej” dziewczyny od lawendy, Renaty Adamowicz (krem żywokostowy) i Zuzi Olszewskiej (Zuzia ma 11 lat- czekolada). Emocje. Radość. Brawa.

W roli Królowej Fermentacji zadebiutowała Dorota Sowa, autorka bloga Hajduczek naturalnie. Ogrom pracy i setki pomysłów. Bardzo polecam, nieco zawstydzona – materiały reklamowe przesłane mi przez Dorotę, zjadłam, zanim zrobiłam sesję zdjęciową. Niestety, nie można tu mówić o debiucie warsztatowym, bowiem…pierwsze warsztaty Dorota ma już za sobą. Były to warsztaty mydlarskie, wyjazdowe. A co, to wszechstronny talent.

To nie koniec listy debiutów. Wszystkie były ważne. Przełamały bariery. Pokazały świat z innej strony. Brawo za wiedzę. Brawo za odwagę. Gdzieś tam, w przyszłości, pojawią owoce inspiracji, którą zasialiście w czerwcu.

Konkurs: zapraszam do udziału w konkursie. Do wygrania 3 egzemplarze książki Małgosi. Zasady konkursu: opisz swój debiut w zakresie szeroko pojmowanego zielarstwa, w komentarzach pod tym postem. Dowolna forma. Wybiorę trzy debiuty – takie, które poruszają moje serce. Wyślę książkę na mój koszt. Wysyłka na terenie Polski. Zgłaszanie debiutów do dnia 2 lipca. Wyniki 3 lipca.

Kultowa torba od Aga Radzi

 

68 Responses

  1. A mogą być dwa debiuty?
    (Uwaga: w poście może znajdować się lokowanie produktów lub instytucji.)
    Jeśli chodzi o kwestie ziołowe, to w ostatnich 2-3 latach co chwilę mam swoje małe i większe. Jednak dwa tegoroczne były dla mnie wyjątkowo ważne.
    Pierwszy miałam 24 marca tego roku. Wtedy z pozytywnym skutkiem zorganizowałam spacer ziołowo-kulinarny, na który przyszły osoby, których nie znałam. Najpierw się stresowałam, że nikt nie przyjdzie. Później, że jednak ktoś przyszedł i czy dam sobie radę – w końcu botanikiem nie jestem. Jednak udało się! Zarówno dorośli, jak i dzieci byli zadowoleni, mimo, że nie znałam wszystkich roślin, o które mnie pytali. Koniec spaceru zwieńczyliśmy ogniskiem z dziką sałatką, podpłomykami, kawą żołędziową i herbatą z fermentowanych liści poziomek. W organizacji tego spaceru bardzo pomógł mi mój ukochany i jego wiedza z zakresu bushcraftu. Przydało mi się też jego wsparcie mentalne i fizyczne (do targania niektórych rzeczy typu: garnuszek, słoiki z herbatami, karimata do siedzenia). Dodam, że na kolejny spacer przyszło jeszcze więcej osób. W dużej mierze jest to też zasługa Olgi, która bardzo promuje i wspiera moje poczynania (dziękuję!).
    Druga sytuacja była w zeszły piątek, 23 czerwca. Z okazji Nocy Świętojańskiej Filia nr 4 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Opolu zorganizowała dzień o ziołach. A wszystko zaczęło się półtorej miesiąca temu, kiedy to odebrałam telefon z obcego mi numeru. „Dzień dobry Pani Olu, z tej strony XY dzwonię, bo widzę, że jest Pani administratorką na facebookowej grupie „Poszukiwacze Roślin – opolskie”. Szukamy kogoś, kto chciałby poprowadzić warsztaty lub prelekcję o ziołach…”
    Najpierw szok, przypomniałam sobie, skąd Biblioteka ma mój numer telefonu. Potem chwila refleksji, czy ja kogoś znam, kto za darmo w Opolu chciałby przyjąć taką pracę. Do głowy przychodziły mi tylko osoby, które musiałyby tu specjalnie dojechać. Hm… I nagle przyszła ta chwila odwagi i powiedziałam coś szalonego „W zasadzie właśnie w czerwcu kończę kurs Zielarz-Fitoterapeuta, więc chętnie się tym zajmę”. Przez miesiąc w konsultacji z jedną przemiłą bibliotekarką, dopracowałam zakres i formę zajęć, które mam przeprowadzić – w dużej mierze zależną od innych punktów programu Biblioteki i warunków lokalowych. Stanęło na prelekcji z pokazem ziół i dzikich roślin świeżych i przetworzonych w celu kosmetycznym, leczniczym i spożywczym.
    Co z tego, że tuż przede mną występowała pani doktor, wykładowczyni historii na Uniwersytecie Opolskim? Co z tego, że większość słuchaczy była zdecydowanie starsza ode mnie? Co z tego, że z powodu gorącej prośby miłej bibliotekarki dzień po Zlocie Zielarskim w Czarnocinie, czyli na drugim końcu Polski, wylądowałam w siedzibie lokalnego radia, aby całkowicie spontanicznie w programie na żywo (sic!) opowiadać o przeróżnych możliwościach wykorzystania dzikich roślin? Co z tego, że do tej pory każdy mikrofon, czy kamera działały na mnie jak Inezowy Znikacz na wszystkie komary i kleszcze? Co z tego, że mam świadomość, że o ziołach nadal wiem niewiele i ciągle się uczę? Dałam radę! W dużej mierze, dzięki Magdzie, która bardzo pomogła mi w prowadzeniu owej prelekcji.
    I wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? To, co się działo po zakończeniu. Pytania, wymiany kontaktami, deklaracja chęci udziału w kolejnych spacerach, prelekcjach czy warsztatach. Po prostu ta świadomość, że kogoś udało mi się zarazić miłością do roślinności chociaż odrobinę.

    *W załączeniu zdjęcie z ogniska po spacerze ziołowym – wybrałam, takie mało twarzowe 😉
    https://uploads.disquscdn.com/images/72abffdc258e90aca067183589d4324bef1f8cd2a4134a23c765826e284046bd.jpg

  2. Mój zielarski debiut? Wyleczenie skóry syna z uciążliwych, swędzących zmian bez użycia sterydów i antybiotyków. Od lekarzy usłyszałam, że mamy „nieuleczalną chorobę skóry”, „wyleczą, ale będzie nawracać” (mój ulubiony) „tam jest gronkowiec i grzyb, bez antybiotyku to dziecko będzie się męczyć”. Zawzięłam się, czytałam, zbierałam, kupowałam, kombinowałam, gotowałam, kręciłam, dziadka na wieś wysłałam w poszukiwaniu słomy owsianej(co dziś nie jest takim łatwym zadaniem 🙂 i dziecko wyleczyłam, a recepty trzymam jako trofeum. Książkę oczywiście chętnie bym wygrała, ponieważ przyznaję, że była to kompletna amatorszczyzna, ale się wkręciłam. No i fakt, że to książka Gosi, która muszę przyznać służyła mi radą w moim problemie.

      1. Nie pamietam roku kiedy byl ten mój zielarski debiut, mialam moze 6-8 lat. Weekendy i wakacje spedzalam zwykle u babci na wsi i z mama chodzilysmy na spacery. Rzadko wracalysmy z pustymi rekami. Zaczynalam od miety, bo jej zapach latwo zapamietac i trudno sie pomylic. Pamietam jak rozcieralam w rekach liscie, zeby po zapachu sprawdzic czy to aby na pewno jest mieta. A potem jak sie przejadlam i bolal mnie brzuszek mama parzyla mi mietowa herbatke. Nigdy mi sie ten smak i zapach nie znudzil. Dzis jak ktos poczatkujacy pyta mnie jak rozpoznac ziola, radze mu wlasnie zaczac od miety 🙂
        PS. Super wyglada ta ksiazka. NIe mialam jej jeszcze w rekach, ale chetnie bym ja posiadla, zeby wyprobowac rozne przepisy. Pozdrawiam, Anja z Kielc

  3. A mogą być dwa debiuty?
    (Uwaga: w poście może znajdować się lokowanie produktów lub instytucji.)
    Jeśli chodzi o kwestie ziołowe, to w ostatnich 2-3 latach co chwilę mam swoje małe i większe. Jednak dwa tegoroczne były dla mnie wyjątkowo ważne.
    Pierwszy miałam 24 marca tego roku. Wtedy z pozytywnym skutkiem zorganizowałam spacer ziołowo-kulinarny, na który przyszły osoby, których nie znałam. Najpierw się stresowałam, że nikt nie przyjdzie. Później, że jednak ktoś przyszedł i czy dam sobie radę – w końcu botanikiem nie jestem. Jednak udało się! Zarówno dorośli, jak i dzieci byli zadowoleni, mimo, że nie znałam wszystkich roślin, o które mnie pytali. Koniec spaceru zwieńczyliśmy ogniskiem z dziką sałatką, podpłomykami, kawą żołędziową i herbatą z fermentowanych liści poziomek. W organizacji tego spaceru bardzo pomógł mi mój ukochany i jego wiedza z zakresu bushcraftu. Przydało mi się też jego wsparcie mentalne i fizyczne (do targania niektórych rzeczy typu: garnuszek, słoiki z herbatami, karimata do siedzenia). Dodam, że na kolejny spacer przyszło jeszcze więcej osób. W dużej mierze jest to też zasługa Olgi, która bardzo promuje i wspiera moje poczynania (dziękuję!).
    Druga sytuacja była w zeszły piątek, 23 czerwca. Z okazji Nocy Świętojańskiej Filia nr 4 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Opolu zorganizowała dzień o ziołach. A wszystko zaczęło się półtorej miesiąca temu, kiedy to odebrałam telefon z obcego mi numeru. „Dzień dobry Pani Olu, z tej strony XY dzwonię, bo widzę, że jest Pani administratorką na facebookowej grupie „Poszukiwacze Roślin – opolskie”. Szukamy kogoś, kto chciałby poprowadzić warsztaty lub prelekcję o ziołach…”
    Najpierw szok, przypomniałam sobie, skąd Biblioteka ma mój numer telefonu. Potem chwila refleksji, czy ja kogoś znam, kto za darmo w Opolu chciałby przyjąć taką pracę. Do głowy przychodziły mi tylko osoby, które musiałyby tu specjalnie dojechać. Hm… I nagle przyszła ta chwila odwagi i powiedziałam coś szalonego „W zasadzie właśnie w czerwcu kończę kurs Zielarz-Fitoterapeuta, więc chętnie się tym zajmę”. Przez miesiąc w konsultacji z jedną przemiłą bibliotekarką, dopracowałam zakres i formę zajęć, które mam przeprowadzić – w dużej mierze zależną od innych punktów programu Biblioteki i warunków lokalowych. Stanęło na prelekcji z pokazem ziół i dzikich roślin świeżych i przetworzonych w celu kosmetycznym, leczniczym i spożywczym.
    Co z tego, że tuż przede mną występowała pani doktor, wykładowczyni historii na Uniwersytecie Opolskim? Co z tego, że większość słuchaczy była zdecydowanie starsza ode mnie? Co z tego, że z powodu gorącej prośby miłej bibliotekarki dzień po Zlocie Zielarskim w Czarnocinie, czyli na drugim końcu Polski, wylądowałam w siedzibie lokalnego radia, aby całkowicie spontanicznie w programie na żywo (sic!) opowiadać o przeróżnych możliwościach wykorzystania dzikich roślin? Co z tego, że do tej pory każdy mikrofon, czy kamera działały na mnie jak Inezowy Znikacz na wszystkie komary i kleszcze? Co z tego, że mam świadomość, że o ziołach nadal wiem niewiele i ciągle się uczę? Dałam radę! W dużej mierze, dzięki Magdzie, która bardzo pomogła mi w prowadzeniu owej prelekcji.
    I wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? To, co się działo po zakończeniu. Pytania, wymiany kontaktami, deklaracja chęci udziału w kolejnych spacerach, prelekcjach czy warsztatach. Po prostu ta świadomość, że kogoś udało mi się zarazić miłością do roślinności chociaż odrobinę.

    1. O rety! Łał! W tym momencie dodam, że na mnie bardzo mobilizująco zadziałało kiedyś słowo „nie wiem” wypowiedziane przez wielkiego specjalistę. Zrobił to z taką lekkością, że oświeciło mnie po prostu: nie muszę wiedzieć wszystkiego, ważna jest chęć dzielenia się tym, co już wiem.

  4. Jako nastolatka (chyba około 13-14 lat) skuszona poradami z „Filipinki” chciałam zrobić sobie ziołowo- owocową pielęgnację, bo wydawało mi się, ze mam pryszcze (do dziś moja skóra ma pryszcza sporadycznie). No więc zaczęłam od zebrania na łące u babci krwawnika ( miałam 14 lat, ale zbierałam wcześniej- dla indyków małych… nieważne :)) z którego miałam zrobić parówkę delikatną, bo przecież krwawnik nie będzie inwazyjny, skoro jedzą indyki. Następnie miała być maseczka z czerwonej porzeczki i kwiatu lipy (?!). No i kwiatów już nie było, więc rozgniotłam porzeczki i dodałam porwane listki od kwiatka (tak jak zebrałam) i napaciałam tym na rozgrzaną buzię.
    Ból i szczypanie niedoopisania.
    Plamy na buzi jak książe Karol.
    Koniec maseczek na 3 lata.
    Powrót do ziół jak córka marnotrawna od 5 lat. Dziękuję. Pozdrawiam.

  5. Nie wiem, czy ta opowieść nadaje się do konkursu, ale tak czy inaczej chętnie się nią z Tobą podzielę.

    Już jako mała dziewczynka jak nic na świecie ukochałam łąki, lasy i bezdroża. Każdy wyjazd z rodzinnej Warszawy był okazją do spotkania z naturą – ja śpiewałam jej, a ona mnie 🙂

    Były niezliczone bukiety i wianki, później zielne susze, dziesiątki bezcennych słoiczków, herbatki, kąpiele, nalewki i inne eksperymenty, „testowane na rodzinie”. W końcu ktoś kiedyś powiedział, że choćbym
    włożyła ołówek do ziemi, ten z pewnością zakwitnie.

    Odkrycie strony dra Różańskiego – zawrót głowy nad wiedzą i misją. Blog Twój i Małgosi – nauka i radosne porównywanie doświadczeń. Ogródek w warszawskim bloku, niemalże na dachu – mój azyl.
    Zupełnie obok tego codzienność, zazwyczaj pozbawiona łąkowych barw, w tym ostatni rok wyjątkowo burzliwy. Pewnego dnia po prostu zaczęłam upubliczniać moje roślinne chwile. Niedoskonale, ze zdjęciami z telefonu, ale poczułam się szczęśliwa, bo mam wrażenie, że kiedy dzielę się ze światem swoim marzeniem, to ono nie marnuje się we wszechświecie.

    Moją roślinną codzienność możesz podejrzeć na stronie „ziołowa pani domu”: http://www.facebook.com/ziolowapani

    PS. Też nie wierzę w życie pozaziołowe… 🙂

  6. U mnie ‚debiut’ był bardziej holistyczny niż zielarski. U wtedy chłopaka, dziś męża, zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Sąsiadki mamy mówiły – „Rzuć, póki możesz! Dobrze, że dzieci nie ma!”. Matka załamywała ręce. Mnie też przeraziły wizje opiekowania się moim prywatnym Stephenem Hawkingiem na starość, zwłaszcza, że mam swoje różne problemy. Ale na szczęście jak jest strach, to jest u mnie od razu reakcja obronna: zaczełam szukać rozwiązania. Czytałam czym jest SM, co je powoduje, co o nim wiemy. A wiemy niestety niewiele. Najpopularniejsza z teorii naukowych mówi, że to choroba auto-immunologiczna, inna, że to stan zapalny wywołany problemami z metabolizmem. Zdeterminowana bólami głowy i drętwieniami nóg faceta, a także trudnym i denerwującym, codziennym podawaniem zastrzyków z eksperymentalnego leku w fazie testów, postanowiłam – to może zioła? Nie zabije go przecież dobrze dawkowana herbata. Poszukałam, zaczęłam swoją ziołową biblioteczkę, zrobiłam dwie mieszanki do naparów: na wzmocnienie, ogólne, głównie z pokrzywy, bo układ odpornościowy i jelita ma mega słabe; i na oczyszczenie, idąc za teorią, że ataki na własny układ nerwowy mogą być wywołane mnóstwem ‚syfu’ w organizmie, przez co odporność szaleje, jak z alergią, tylko bardziej. Do tego masaże karku, więcej snu, lepsze jedzenie (tutaj ten holizm się wyłania) i nie tylko od lat nie boli go głowa, a rezonanse kontrolujące dobre, ale nawet pryszcze z pleców zeszły 😉 Nie mówię, że wyleczony. Ale przynajmniej jest mu lepiej.

  7. W imieniu mojego syna Sergiusza Podsiadły piszę o jego debiucie w braci zielarskiej.
    14 latek z głową matematyczno-fizyczną połkną haczyk zielarski.
    Z zaciętością wstawał rano i z uśmiechem od ucha do ucha biegł na wszystkie spacery ziołowe w deszcz czy upał.
    Pod okiem ziołowych specjalistów i pasjonatów asystował, rozpoznawał, notował i zbierał rośliny zielne.
    Po powrocie do domu prawie o zmierzchu pognał do pobliskiego lasku nazbierać ziółek na ziołowe chwastem pesto dla gości, pesto spotkało się z pełnym uznaniem gości.
    Powoli nabywamy różne publikacje w tym temacie jak i zmieniamy plany wakacyjne aby rodzinnie dzielić nową pasję syna.
    Dziękujemy serdecznie wszystkim którzy przyczynili się do zielonego szaleństwa bo czego się nie robi z miłości do roślinności a w szczególności Inez Rogozińska, Krzysztof Kalemba, Julitka Budziszewska z Mężem, Beata Zawadzka, Dorota Natura. Bardzo przepraszam jeśli kogoś pominęłam.
    Serce rośnie za każdym razem jak kolejne osoby zwracają uwagę i chwalą mojego syna.

    1. No tak, Sergiusz jest świetny. Ma zmysł i rękę do ziół i kosmetyków ziołowych, super słyszeć, że również do jadalnych. Super rodzicami jesteście – widzieć i szanować pasję dziecka nie każdy potrafi.

      1. Dzięki za uznanie Inez, staramy się dla niego a i uczymy się z nim i dzięki niemu, zawsze jest dobry czas nauczyć się czegoś nowego :))) Dziękujemy opatrzności że to nie fizyka kwantowa;)

  8. Mój debiut zainspirowała stara
    ziołowa encyklopedia ojca (bo miała ładne obrazki, a ja miałam jakieś 5-6 lat), a polegał on na rozciapkiwaniu liści babki pospolitej i smarowaniu mazią ukąszeń po przeróżnych owadach nabytych przez moją młodszą siostrę i kuzynostwo w trakcie hasania po polach, łąkach i chaszczach wszelakich 🙂

  9. U mnie zaczęło się od historii z biedronką, której oberwałam skrzydełka będąc dzieckiem. Biedronka była pomarańczowa więc należała do Szatana a czerwone biedronki do Boga (wg. dziecięcych wierzeń) i tym skrzydełek nigdy nie obrywałam. Jednak coś w środku podpowiadało mi, ze zrobiłam źle i każda biedronka należy i jest od Boga wiec trzeba ja ratować. Bardzo pragnęłam, żeby odrosły jej skrzydełka i chciałam ją uleczyć. Zawinęłam więc w listek bzu wierząc, ze naprawię w ten sposób swój czyn. Potem była fascynacja barwą i smakiem żywicy wyciekającej ze zranionych gałęzi wiśni. A także świetliki, które trzymałam w słoiku.Przyroda zaczęła mnie fascynować. Po długim okresie podziwiania cudów natury przyszedł czas na samoleczenie. Gdy zaczęły pojawiać się drobne choroby i niedomagania zawsze intuicyjnie sięgałam po rośliny bo czułam, ze maja moc uzdrawiania. A z reszta pamiętam, jak moja babcia wyleczyła mnie z owsików piołunem. To było niezapomniane doświadczenie:)

  10. Nie będę opowiadać o moim debiucie, książkę Małgosi już mam. Jest przepiękna! Jednak bardzo dziękuję, że wspomniałaś o mnie jako królowej fermentacji – nie, królową się nie czuję, ale pochwały bardzo mnie cieszą. I tak bardzo bym chciała zainfekować fermentem cały świat!

  11. Moim debiutem tegorocznym są octy z ziół i kwiatów takie jak: ocet z kwiatów lipy, białych kwiatów bzu, jaśminowca, płatków dzikiej róży. Nastawiłam także ocet z rumianków, zobaczymy co z tego gagatka wyjdzie 😊 Do wszystkich dodałam na początek cukier z owoców – jabłek, truskawek i czereśni. Nie mogę się doczekać, aż przygotuję marynatę do warzyw i sałatek. A sałatka oczywiście same ziele – rukola, szpinak, kwiaty cukinii i co tam jeszcze znajdę na podwórku 😊

  12. Mój debiut zielarski odbył się dość niedawno, tak tak wcześniej widziałam kwiatki, płatki , łodyżki i korzonki, ale inaczej. Tak zwykle, są i co z tego. Pewnego dnia trafiłam na Twój blog Inez Herbiness , ogladądałam, od przysłowiowej deski do deski. Czytałam i nic nie mogłam zapamiętać. Mieszały się obrazy, mieszały mi się nazwy. Pomyślałam, ze poddam się, może to nie dla mnie. Ale trochę zniechęcona, otworzyłam strone o occie jabłkowym. I to zadziałało, ocet działa cuda. Potem jak za dotknięciem tajemniczego działania octu, powoli wszystko zaczęło się układać. Szukam, czytam, patrzę na łąki , lasy inaczej. Zaczęłam organizować dla dzieciaków ze szkoły zajęcia leśne, gdzieś w planach może szkoła leśna ( to dość trudne, bo mieszkam w centrum dużego miasta), ale moje spojrzenie na listki, kwiatki i korzonki zupełnie sie zmieniło. Czytam, ogladam, spaceruję i mam z tego super zabawę.

  13. Od kilku, prawie kilkunastu lat mieszkam na wsi, ale zioła zainteresowały mnie dopiero dwa lata temu, gdy przyjaciółka poleciła mi pewien zielarski blog. Zajrzałam z ciekawości i zaczęło się… zostałam „czarownicą”. 🙂 Na pierwszy ogień poszedł czarny bez, zarówno kwiaty jak i owoce, a moje córki, ku mojej radości, same upominają się o „byzybyzy”, jak zdrobniale nazwały syrop z owoców czarnego bzu. Na kaszel niezawodny stał się syrop z kwiatów mniszka, ale nie gotowany miód, a gliceryt. Macerat z dziurawca okazał się niezastąpiony na zimowe problemy ze skórą dłoni, zarówno u mnie, jak i u dzieci. Dzika róża, pokrzywa, lipa, mięta, czarny bez, dziurawiec… te nazwy nie są obce nawet moim kilkuletnim córkom. Każdego roku poszerzam asortyment i eksperymentuję, oczywiści w bardzo wąskim znaczeniu tego słowa, ale okazało się, że tu na wsi, ku mojemu zdziwieniu, zioła to tylko zielsko. Zaprzyjaźnione lub sąsiadujące ze mną osoby już zmieniły zdanie na ten temat, a sąsiad zrezygnował z wycinki czarnego bzu, jak zobaczył mnie na łowach. 🙂 W tym roku testuję nalewkę z kwiatów czarnego bzu i wino z kwiatów mniszka, coś dla dorosłych też musi być. 🙂 Cieszę się, że są takie blogi tematyczne, bo to niezwykle ważna pomoc. Dziękuję.

  14. Nie pamietam roku kiedy byl ten mój zielarski debiut, mialam moze 6-8 lat. Weekendy i wakacje spedzalam zwykle u babci na wsi i z mama chodzilysmy na spacery. Rzadko wracalysmy z pustymi rekami. Zaczynalam od miety, bo jej zapach latwo zapamietac i trudno sie pomylic. Pamietam jak rozcieralam w rekach liscie, zeby po zapachu sprawdzic czy to aby na pewno jest mieta. A potem jak sie przejadlam i bolal mnie brzuszek mama parzyla mi mietowa herbatke. Nigdy mi sie ten smak i zapach nie znudzil. Dzis jak ktos poczatkujacy pyta mnie jak rozpoznac ziola, radze mu wlasnie zaczac od miety 🙂
    PS. Super wyglada ta ksiazka. Nie mialam jej jeszcze w rekach, ale chetnie bym ja posiadla, zeby wyprobowac rozne przepisy. Pozdrawiam, Anja z Kielc.

  15. U mnie zaczęło się od choroby skóry i intuicji. Lekarz stwierdził atopowe zapalenie skóry lub trądzik różowaty. Przepisane przez niego leki nie pomogły. Intuicja podpowiedziała mi by użyć oliwy z oliwy. Pomogło błyskawicznie. Zachwycona leczniczymi właściwościami oliwy zaczęłam stosować ją w kosmetykach. Od tej pory uważam drzewo oliwne za ,,święte” i z radością odwiedziłam Morze Śródziemne by zabrać stamtąd kawałek drewna z drzewa oliwnego jako talizman.

  16. Dla mnie zioło, jeszcze parę lat temu to było tylko puste słowo, Ba nawet bym powiedziała , że słowo od którego uciekałam w popłochu. W aptece czy tez w sklepie , gdy tylko słyszałam to słowo , to od razu ucinałam temat twierdząc , że to nie działa i chcę coś „porządnego”. Tak było do momentu, gdy pewnego pięknego dnia, pewna bardzo mądra pani doktor stwierdziła , ze moje dziecko trzeba wyleczyć inaczej. Bo moja córka , gdy była malutka non stop chorowała, wszystko powodował refluks i alergie, a doktor rodzinny ładował w moje dziecko tony antybiotyków. Ta mądra pani doktor otworzyła mi oczy , udowodniła , ze można inaczej …to był początek, począteczek. Dalej to tak jakoś wspólnie obie z moja szwagierką i super kumpelą w jednym, nakręcalyśmy się tymi ziołami. Bo gdy jedna coś kupiła, zaraz i druga. W internecie czytałyśmy , wyciągaliśmy garściami informacje i korzystaliśmy z tej wiedzy. Ale tak na poważnie i z większym szacunkiem do wszelakiej zieleniny to zaczęłam dopiero podchodzić w momencie, gdy spodobało mi się robienie mydeł , wtedy tak naprawdę poczułam się ociupinkę zielarzem, bo zaczęłam sama je zbierać i przetwarzać .Teraz nie umiem już inaczej i kocham gdy ktoś żartobliwie nazywa mnie czarownicą.

  17. Mój debiut to czerwiec tego roku.W maju byłam w szpitalu rehabilitacyjnym w Kochcicach aby podreperować swój stan po trzech udarach mózgu i poznałam tam pewną Dorotkę B. z Opola, która mnie zaraziła „fitozarazą”. Wokół budynku znajdował się piękny park i mnóstwo ziółek znanych nam i rozszyfrowywanych na miejscu. Chodziłyśmy często z nosami w trawie, wracały do pokoju ukradkiem z bukietami lub siatkami ziółek. Dorotka podpowiedziała mi gdzie wszystko znaleźć w internecie.W taki sposób trafiłam na dr Różańskiego, Ciebie, Małgosię Kaczmarczyk, Magdę Prószyńską i kilka innych fitoosóbek. Spędzam przy w Waszym świecie pół mojego dnia życia i dokształcam się pełną parą ( o ile tak można powiedzieć w przypadku mojego uszczerbku mózgowego po udarach, ale ćwiczę pamięć wedle wskazań medyków). Czuję się już zarażona. Przygotowuję się najpierw na repelent przeciw kleszczowy aby móc popędzić na pobliskie łąki i pola( bez tego ani rusz, pałeczki odkleszczowe już krążą w mojej krwi, nie potrzebuję więcej). Za domem widzę wrotycze, hyzopy,wiesiołka,itd., ale wysokie trawsko. Ususzoną mam pokrzywę, kwiaty bzu czarnego, przywrotnika, przytulię, dąbrówkę. W ogródeczku posadziłam miętę, oregano, bazylię, miodunkę, dąbrówkę, nagietka, trawę cytrynową. Na parapecie stoi okazały cudowny rozmaryn. W oliwie pływają płatki róż ,rozmaryn. W lodówce leży hydrolat różano – pokrzywowo _ dąbrówkowo – przywrotnikowy. Kompletuję przybornik młodego mydlarza. Waga i termometry laboratoryjne są, czekam na odczynniki do mydeł, glicerynę i takie tam drobiazgi chemiczne. Mama upolowała mi fajne foremki silikonowe z mieszadłem. Koło się nakręciło. Oto mój debiut. Fajnie że tu jesteście ze swoimi radami, łatwiej o pierwsze kroki.
    Pozdrawiam. Jowi z Częstochowy.

  18. mój zielarski debiut rozpoczął się rok temu. zorganizowałam w mojej malej górskiej wiosce kobiecy zlot. Było to spotkanie najważniejszych dla mnie kobiet, w jednym z ważniejszych momentów w życiu – byłam w ciąży i lada dzień miałam zostać mamą małej Mai. Jedną z kobiet była Sara, która wparowała za dom i powiedziała: „staraaaa!! ile Ty tutaj masz ziółłłł!!!” i zaczęła wymieniać: to jest bluszczyk kurdybanek, to czosnaczek, to marzanka wonna, o a tutaj czeremcha!! dla mnie te nazwy wtedy brzmiały magicznie i nieznajomo, jednocześnie poczułam się zaintrygowana obecnością tylu roślin leczniczych w zasięgu kilkunastu kroków w każdą stronę. W miedzy czasie poszłyśmy razem nazbierać kwiatów czeremchy. Było piękne majowe popołudnie a ja zakochałam się w jej zapachu <3 później popijałyśmy sobie napar z czeremchy i zasnęłyśmy w kobiecym gronie, w małym mieszkanku pachnącym kwiatami czeremchy, które suszyły się na biurku. Kobiety wyjechały, a ja od tamtego dnia latam po łąkach, lasach i odkrywam to dobrodziejstwo za domem. Teraz już z Mają na plecach 🙂 coraz bardziej łączę się z tym miejscem, do takiego stopnia, ze wyjeżdżając w czerwcu na drugi koniec świata, zamiast się cieszyć na przygodę to przeżywałam, że nie zbiorem kwiarów czarnego bzu… Nadal to przeżywam, bez śni mi się po nocach bo wiem, ze jak wrócę na początku lipca to już nie zobaczę jego pięknych kwiatów, ani nie zrobię sobie świeżej lemoniady 🙁 cóż… tak oto zostałam zarażona pasją do ziół. Razem z urodzeniem Mai narodziła się też miłość do roślin i chęć ciągłego ich poznawania.

    1. Cudnie. Nic się nie martw, tam daleko też sporo roślin. Właściwie to kiedyś myślano, że fajne rośliny to głównie w egzotycznych krajach – dzisiaj już super, bo doceniamy lokalne.

  19. Uhu. Ja na samym począteczku zielarskiej drogi, ale z dumą zbierałam w tym roku z własnymi dziećmi mniszka lekarskiego, pokrzywę i kurdybanka. W naszym domu pojawiły się syropy i suszki na herbatę. I z dumą czytałam informację wpisaną w zeszyt drugoklasistki – „córka doskonale rozróżnia różnorodne chwasty” – w odpowiedzi na pytanie zadane na sprawdzianie: co należy zrobić z chwastami w ogrodzie?.
    Odpowiedź brzmiała: Można je wyrwać, ale można też zrobić nich syrop na kaszel albo pyszną herbatę.
    A to dopiero początek!

  20. czarny bez mojej mamie śmierdział kocimi siuśkami, dzieci nie chciały pić młodej pokrzywy, mrówki olbrzymy cięły po łydkach, komary odstraszał olejek lawendowy, chabry bławatki w cieście smakowały córce, syn wyjadał miód gryczany patykiem, mąż codziennie rano zamiast kawy prosi o nasiona kopru – których zapasy dla „połowy wsi” znalazłam u babci w piwnicy… a ja cieszę mordkę obserwując to wszystko przy kubku „łąki” zalanej wrzątkiem.

  21. Mój debiut w tym tygodniu, to łzy wzruszenia na widok łąki pełnej wiązówki… ( a ja samochodem pędzę do pracy)… pierwszy raz aż mnie zatkało z wrażenia i wyobrażenia siebie wśród niej. Jak tylko przestanie padać – przejdę do realizacji wyobrażeń! Dziękuję Inez za skierowanie mojego serca ku królowej łąki i nie tylko ku niej…

  22. Od dzieciństwa dzięki mojej mamie zawsze towarzyszyły mi jakieś suszone
    ziółka. Szkoda, że dzisiaj już nie mogę jej osobiście podziękować, za to, że nauczyła mnie kochać i szanować przyrodę, a bez tego nie ma
    mowy o wykorzystywaniu jej darów. Dotychczas czerpałam energię z
    przebywania na łonie natury i picia herbatek ziołowych, jednak dopiero w
    tym roku uświadomiłam sobie jak wielka moc jest zaklęta we wnętrzu
    każdej nawet niepozornej roślinki. Mam wrażenie, że na stare lata
    zamieniam się w wróżkę, która magią swoich myśli i wiedzy pozyskanej na
    czarownych blogach, zaczyna uwalniać tę moc. Zaczęło się od wiosennych chwil na trawniku, który zrobił się bardziej żółty niż zielony od wszędobylskiego mniszka. Mając ziemne pszczółki na swojej działce, pozwalałam im nieograniczenie rosnąć i dobrze, jak się okazało. Zmęczona ciągłymi przeziębieniami syna, przypomniałam sobie o maminym miodku. Dzień akurat pogodny, więc rzuciłam się na kolana i zaczęłam rywalizować z pszczółkami o najcenniejsze koszyczki, ale zgodnie się podzieliłyśmy . Uwarzony przeze mnie ciemnobursztynowy gęsty miód z pietyzmem został zamknięty w krystalicznych słoiczkach. Odtąd osładzał napoje mojego smyka, aż sił mu przybyło. A ja zaczęłam zaglądać na zielarskie blogi, nie wiedziałam jak mam ogarnąć cały ten ogrom wiedzy i wykorzystać te wszystkie magiczne przepisy. Na początek zaczarował mnie Jaśnie Pan Cesarz Żywokost. Jego potęga działania szybko rozprawiła się z zapaleniem ścięgna mojej stopy. Dwie nocki okładów ze startego korzenia z gliceryną uśmierzyło ból i zmniejszyło opuchliznę. Teraz mam w szafce nalewki z korzenia oraz z liści i kwiatów, olej żywokostowy na smalcu gęsim, a za chwilę będę odciskać gliceryd. Zrobienie własnej maści zaplanowane na dniach. Później odurzyła mnie Czarna Hrabina Bzowa. Jej kwiatki urzekającym zapachem wypełniały mój dom, gdy się suszyły a ja robiłam syrop, szampan, ocet i macerat na bazie oleju kokosowego. Wczoraj weszłam w romans z Dostojnym Dziurawcem, póki co pozwolił mi na nastawienie maceratu olejowego. Czekam na poprawę pogody i kolejne z nim spotkanie. Czasem sobie myślę, że już za stara jestem i zabraknie mi czasu na moją nową pasję. Z żalem żegnam każdy umykający dzień…

  23. Moje zainteresowanie ziołami pojawiło się dość dawno, bo od dziecka chciałam być czarownicą 🙂 Mam za sobą różne eksperymenty, jedne mniej- inne bardziej udane (jestem niesamowicie wdzięczna za wiedzę, jaką przekazujecie, w przeciwnym wypadku tych pierwszych byłoby zdecydowanie więcej 😉
    To, czym chcę się podzielić- to rzecz stosunkowo prosta, bez odmierzania składników (robione „na oko” 😉 bez konieczności ich wcześniejszego macerowania, z roślinki powszechnie dostępnej- ale jakże bogatej i łaskawej dla wszystkich szanujących ją „użytkowników”… a dla mnie zdecydowane odkrycie roku, bo w końcu zmobilizowałam się, żeby zrobić ów cudowny napój- szampana z kwiatów dzikiego bzu!
    Mianuję go więc moim debiutem czerwca (druga połowa roku jeszcze przed nami i może coś wywrze na mnie równie ogromne wrażenie) i na pewno zapamiętam na długo wszystkie okoliczności towarzyszące jego przygotowywaniu i konsumpcji- choć w sumie nie jest jeszcze w pełni gotowy…
    Zaczęło się od wyjazdu nad jezioro, do małej miejscowości- z zasmogowanego na maxa, nawet latem, Krakowa- a więc euforia związana z możliwością zbioru czystych ziół i wszelkie okoliczności przyrody, nieco odmienne od tego, czego doświadczam na codzień.
    Postanowiłam uczcić tym napojem wyjście kolegi ze szpitala po zabiegu, miałam też dość widoku znajomych popijających ciągle jakieś syntetyczne kolorowe paskudztwa.
    Niestety pogoda nie sprzyjała, wicher i deszcz zabierał drogocenny pyłek, myślałam już że będę musiała przełożyć mini-produkcję szampana na przyszły rok, ale dzięki upartości znalazłam jeszcze kwitnące baldachy w dobrej kondycji- choć niezbyt dostępnym miejscu. Nieprzygotowana, boso i w krótkich spodenkach przedzierałam się przez suche ścięte gałęzie, trochę pokrzyw, zbierając kwiaty do koszuli- ale szczęśliwa, że los ofiarował mi wystarczająco cennego surowca 🙂 Później przygotowanie nastawu w „polowych” warunkach (pożyczenie gara i popędzanie znajomych, żeby szybciej pili, bo będą potrzebne butelki 😉
    Zimne noce nie sprzyjały fermentacji, w związku z czym szampan dalej jest w trakcie tworzenia, pogoda pozwoliła zebrać kwiaty już po wyjściu kolegi ze szpitala, w międzyczasie zakrętka jednej butelki wystrzeliła strasząc wszystkich dookoła, ale pierwsza degustacja wynagrodziła te drobne komplikacje 🙂
    Nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz odkryłam jego prostotę, a zarazem obfitość i już wiem, że chcę go robić co roku.
    A szampan będzie w pełni gotowy na kolejną zbliżającą się okazję- moję urodziny 🙂
    Dzięki i pozdrawiam najserdeczniej na świecie

  24. U mnie zaczęło się od historii z biedronką, której oberwałam
    skrzydełka będąc dzieckiem. Biedronka była pomarańczowa więc należała do
    Szatana a czerwone biedronki do Boga (wg. dziecięcych wierzeń) i tym skrzydełek
    nigdy nie obrywałam. Jednak coś w środku podpowiadało mi, ze zrobiłam źle i
    każda biedronka należy i jest od Boga wiec trzeba ją ratować. Bardzo pragnęłam,
    żeby odrosły jej skrzydełka i chciałam ją uleczyć. Zawinęłam więc w listek bzu
    wierząc, że naprawię w ten sposób swój czyn. Potem była fascynacja barwą i
    smakiem żywicy wyciekającej ze zranionych gałęzi wiśni. A także świetliki,
    które trzymałam w słoiku.Przyroda zaczęła mnie fascynować. Po długim okresie
    podziwiania cudów natury przyszedł czas na samoleczenie. Gdy zaczęły pojawiać
    się drobne choroby i niedomagania zawsze intuicyjnie sięgałam po rośliny bo
    czułam, ze mają moc uzdrawiania. A z reszta pamiętam, jak moja babcia wyleczyła
    mnie z owsików piołunem. To było niezapomniane doświadczenie:)

  25. U mnie zaczęło się od historii z biedronką, której oberwałam
    skrzydełka będąc dzieckiem. Biedronka była pomarańczowa więc należała do
    Szatana a czerwone biedronki do Boga (wg. dziecięcych wierzeń) i tym skrzydełek
    nigdy nie obrywałam. Jednak coś w środku podpowiadało mi, ze zrobiłam źle i
    każda biedronka należy i jest od Boga wiec trzeba ją ratować. Bardzo pragnęłam,
    żeby odrosły jej skrzydełka i chciałam ją uleczyć. Zawinęłam więc w listek bzu
    wierząc, że naprawię w ten sposób swój czyn. Potem była fascynacja barwą i
    smakiem żywicy wyciekającej ze zranionych gałęzi wiśni. A także świetliki,
    które trzymałam w słoiku.Przyroda zaczęła mnie fascynować. Po długim okresie
    podziwiania cudów natury przyszedł czas na samoleczenie. Gdy zaczęły pojawiać
    się drobne choroby i niedomagania zawsze intuicyjnie sięgałam po rośliny bo
    czułam, ze maja moc uzdrawiania. A z reszta pamiętam, jak moja babcia wyleczyła
    mnie z owsików piołunem. To było niezapomniane doświadczenie:)

  26. Moja przygoda z badylami różnorodnymi trwa niemal od urodzenia. Moja babcia – cudowna kobieta o wielu talentach i mocno spracowanych dłoniach zawsze zbierała kwiaty lipy. Jako dziecko razem oddzielaliśmy te kwiaty, by potem w płóciennym worku wisiały na krokwi na strychy. Były tam tez pęczki mięty i rumianku, ale to zapach herbaty lipowej – gotowanej w zielonym garnku- zawsze przypomina mi okres zimowy. To nie był jeszcze czas herbat w saszetkach!!! Moja babcia czekała na pierwsze łodygi rabarbaru żeby zrobić pierwszy świeży kompot. A potem codziennie nie soki a kompoty z wiśni, jabłek, śliwek (robaczywek)…. I zupy, z warzyw z ogródka – codziennie a w tych zupach najważniejszy składnik: lubczyk!!
    Moja babcia zmarła kiedy byłam dzieckiem ….
    Jej obecność jednak zawsze mi powarzyszyla. Tak było tez kiedy wybrałam kierunek studiów. Trudny, niepopularny, skomplikowany i wymagający ale to tam zadawano pytania jak to jest ze rośliny jednolistne i dwulistna mogą bez rywalizacji trwać w tym samym miejscu. Tam tez badałam allelopatię. Do wpływ jednych roślin na drugie poprzez wydzielanie substancji chemicznych do gleby, powietrza. To tam nauczono mnie szacunku do roślin, do szerszego spojrzenia na nie i do doceniania ich. W roślinach tkwi ogromna siła i to nie tylko ta dobra. Warto pamiętać o ciemnej stronie roślin, która potrafi nawet zabić!

  27. Długo zastanawiałam się czy wogóle coś tu napisać, bo właściwie nie wiem kiedy był mój „zielarski debiut”, ani czym był. Odkąd pamiętam lubiłam samotne wędrówki po lesie i wrzosowiskach. Studiowałam też ochronę
    środowiska i hodowałam zioła na działce, więc moje życie ciągle płynęło blisko natury.
    Razem z mężem (wtedy jeszcze narzeczonym) od dłuższego juz czasu pasjonujemy się zbieraniem dzikich roślin i owoców na domowe przetwory. Staramy się jak najwięcej robić sami – od chleba, aż po domowe wino (też z dzikich roślin jak mniszek, kwiaty i owoce bzu, czeremcha itp.) i piwo (które to mąż aromatyzuje czasem sosną, a czasem dzikimi ziołami jak krwawnikiem i mniszkiem), więc zainteresowanie ziołami i domowymi kosmetykami nie było dla nas przełomem, a naturalną koleją rzeczy (tym bardziej, że jedynie w domowych, ziołowych kosmetykach widze nadzieję, na uporanie się z uporczywą, przewlekłą pokrzywką która mnie dopadła i okazała się odporna na wszelkie leki). To raczej początek naszej wspólnej zielarskiej drogi, ale staramy się każdego roku poznawać i wyszukiwać nowe, przydatne dla nas rośliny.
    Właściwie już wiem kiedy poczułam się choć trochę zielarką – może więc to był mój debiut. Kiedy bliskiej mi osobie podarowałam buteleczkę ziołowego oleju (maceratu) do masażu, mającego ułatwiać przepływ limfy i kiedy ta osoba z chęcią go wypróbowała. Mam nadzieję, że choć trochę wspomógł jej organizm w funkcjonowaniu z usuniętymi węzłami chłonnymi.
    Teraz marzy mi sie skomponowanie jakiegoś balsamu/maści która pomogła by na jej blizny … kto wie, może ta książka by mi w tym pomogła – to właśnie zmotywowało mnie do napisania tego (ciut przydługiego, przyznaję) tekstu.
    Pozdrawiam.

    1. Calli, w sprawie kremu na blizny być może pomocna będzie nieoczyszczona ropa naftowa (około 10% w składzie) – to z repertuaru przepisów dr. Różańskiego. Buziaki i mam nadzieję – do zobaczenia.

  28. Ja też już „nie wierzę w życie pozaziołowe”. Mam za sobą późny debiut. Intensywnie nadrabiam stracony czas. Warsztaty na SGGW, gotowanie z Łukaszem Łuczajem, studia zielarskie na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, kolejna wizyta w Rzepniku. W końcu „Dzikie warzywa”, mały projekt, ale mój. Jeszcze w pierwszej fazie rozwoju, a już cieszy. Trzy lata temu podczas pisania kolejnej strategii dla kluczowego klienta, po raz pierwszy sięgnęłam po przewodnik do oznaczania roślin. Przyszedł czas zmian i nie wróciłam już do starego życia. Każdego dnia odkrywałam nowe jadalne chwasty, przynosiłam do kuchni, a tam zaczynały się czary. Poszukiwanie nowych zastosowań, nowych smaków. Pierwsze pozytywne reakcje przyjaciół. Warszawa została daleko. Przede mną całe lato w lesie:) Zbieram, suszę, testuję. Na razie na prezenty: leśna herbatka, do której składniki zbieram całe lato, ziołowe sole do kąpieli, praktyczne mieszanki na przeziębienie. Pozdrawiam z kuchni. Gotuje się krem pokrzywowy z kurkami. Jutro zostanie podany z pierożkami rakowymi.

  29. Dzień dobry! Wygrana w konkursie zadziwi świat, bowiem oto wygrałam ja, moja nagroda to przyjemność czytania Waszych relacji <3. Mam wielką ochotę poznać Was osobiście, dlatego każdego, kto zamieścił wpis, zapraszam jako mojego gościa na Tajne Spotkanie Zielarskie (17 sierpnia, okolice Krosna i Wioskę Zielarską 19-20 sierpnia, Krosno) – będzie tam można spotkać się z autorką książki, Małgorzatą Kaczmarczyk. Zainteresowane osoby proszę o kontakt mailowy inez@herbiness.com.

    Trzy książki Małgosi pojadą do:
    Atuxe
    "Wtedy z pozytywnym skutkiem zorganizowałam spacer ziołowo-kulinarny, na który przyszły osoby, których nie znałam". – czyli za przełamywanie strachu przed dzieleniem się wiedzą". Dodatkowo prześlę znikacza kleszczy, dla ochrony Twoich kursantów.

    Patrycji, której
    "na początku myliły się podstawowe drzewa", a potem…. -proste rymy przypominają, że każdemu na początku jest trudno, a potem nagle oczy się przyzwyczajają i człowiek śmiga w temacie jak ekspert

    Iwy, której
    "sąsiad zrezygnował z wycinki czarnego bzu, jak zobaczył mnie na łowach" i budowanie w dzieciach zaufania do roślin

    Bardzo wzruszające były wszelkie wpisy o ratowaniu zdrowia za pomocą ziół. Z doświadczenia wiem, że to bardzo budujące i potrafi zmienić życie <3

    Proszę o przesłanie adresu do wysyłki, wraz z telefonem (dla kuriera).

    Nagroda specjalna dla Sergiusza to udział w prywatnym szkoleniu dotyczącym destylacji.

    1. Hurra!!! Sergiusz bardzo się ucieszył Inez:))) Strzał w dziesiątkę, kręci go to! Podejrzewam że nawet bardziej niż książka;), przepraszamy Małgosiu:) ale dodam od razu, że książkę Małgosi już mamy i na razie to ja bardzo chętnie czas z nią spędzam!
      Sergiusz czeka z niecierpliwością na książki klucze do rozpoznawania roślin w których dopiero rozpoznajemy się.
      Hmmm, teraz pozostaje” tylko” ustalić termin szkolenia destylacji :)))

      Pozdrawiamy cieplutko 🙂

      1. Hahaha, tak mi się przypomniało co do torby od Aga radzi to dobrze że mieliśmy 2 szt, jedną kupiłam ja od Agnieszki a drugą Sergiusz wymienił się z dziecięciem Agnieszki na nasze mydło, niestety jedna pozostała gdzieś w lesie pełna zbiorów roślinnych…. zafascynowany zbieracz zagapił się na rośliny i zapomniał o torbie
        Super torby Aga!!!

  30. Dziś już 3 lipca, wyniki są (miłego czytania!), ale… nvm 😉
    Chcę się z Wami podzielić czymś, co dla mnie samej do dziś brzmi jak bajka.
    Własnego „ziołowego debiutu” jako takiego zwyczajnie nie pamiętam, zbyt dawno to było i zbyt codzienne w mojej rodzinie 🙂 Rośliny były dla mnie ważne i cenne od zawsze, podejrzewam, że dawniej niż pamięcią sięgam :))))

    Bajką, o której piszę, to Wasza, kochani, obecność. Wasze zaangażowanie, pasja, poszukiwania, chęć dzielenia się z innymi i wszelkie inne formy doceniania bogactwa Natury, z roślinami w roli głównej!

    Dziękuję. Wszystkim, obecnym tu i nieobecnym, a zakochanym w Naturze! <3 Po prostu…

    Przez lata zbierałam wiedzę, szukałam i poznawałam rośliny, z mniej lub bardziej udanym skutkiem eksperymentowałam… Dla siebie, dla bliskich, dla domu 🙂
    Po wielu kolejnych cyklach tego hobby pojawiły się pierwsze warsztaty, próbowałam pisać teksty, z czasem także w internecie; co jakiś czas ktoś proponował wywiad, pogadankę… Ale tak naprawdę "zadebiutowałam" w zielarskiej roli, kiedy poczułam się częścią Wspólnoty. Kiedy, częściowo dzięki nowoczesnej technice, Natura weszła w życie tak wielu tak wspaniałych osób! Kiedy zaczęłam znajdować kolejne nitki porozumienia z ludźmi początkowo prawie nieznanymi – a przecież bliskimi pasją!
    Zioła były, są i będą częścią życia wszystkich ludzi, także tych, którzy tego nie dostrzegają… Gorące i serdecznie podziękowania wysyłam tutaj wszystkim, którzy mają wolę i odwagę, aby je poznawać, doceniać, popularyzować. Kochać <3

    Dziękuję! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *